Mam na imię Amelia i nie, nie jestem typową statystyczną kobietą z tabeli GUS. Mam dom, męża – i to nawet całkiem spoko egzemplarz, trzy psy, które równie dobrze mogłyby mieć osobne paragrafy w kodeksie karnym za rozrabianie. Ale są i są tylko moje. Kochane, wkurzające, zadziorne i śmieszne jak diabli. Niby czasem mam ochotę spakować je w paczkę i wysłać do jakiegoś programu resocjalizacyjnego, ale gdy ich nie ma – robi się pusto. Tak naprawdę to one trzymają mnie przy rzeczywistości.



Jestem gdzieś między 30-tką a 40-tką i przy tym zostańmy. Bo wiek nie definiuje, co mam w głowie ani w nogach – a te potrafią mnie ponieść naprawdę daleko. Uwielbiam się ruszać. Chodzę, łażę, śmigam, jakby energia była moją walutą. Ludzie mówią, że jestem zabawna, że można się ze mną śmiać do bólu brzucha. A ja? Po prostu lubię się śmiać. Z siebie też – nie jak prawdziwy Polak.
Nie jestem jedną z tych osób, które z narzekania zrobiły sport narodowy. Wiesz, takich: „sąsiad ma lepiej – znaczy, że coś ukradł”; „rząd do dupy – ale głosować nie idę, bo po co?”; „rodzina? pokłócona od pokoleń i niech tak zostanie”. Nie w moim wykonaniu. Nie pluję jadem, nie żyję porównywaniem się do innych, nie leczę kompleksów cudzym nieszczęściem. A może właśnie dlatego jestem tak często traktowana jak kosmitka, wariatka, niezrównoważona ?
Bo u mnie – mimo że na pierwszy rzut oka wszystko gra – dzieje się coś dziwnego. Coś, co przez długi czas nie miało nazwy. I w sumie… dalej nie ma.

Kiedy byłam na drugich studiach, zasuwałam między zajęciami, ogarniałam życie, śmiałam się, miałam znajomych, uczyłam się i byłam typem, z którym „można konie kraść”. Aż któregoś dnia przyszły gorączki. Nie takie lekkie stany gorączkowe – tylko pełne, wielomiesięczne, wykańczające fale żaru, które nie ustępowały. Potem dołączyły kolejne dziwne rzeczy: co roku mononukleozy – nie takie bezobjawowe, tylko z hukiem, dreszczami, powiększonymi węzłami i osłabieniem, ale jestem na tyle dziwną osobą, że nie zwalało mnie to z nóg, byłam w stanie z tym funkcjonować. Dalej – miesiące wymiotów albo biegunek, czasem zamiennie. Nie wiesz, kiedy co dopadnie, najgorsze jest jak są oba naraz. Ciało, które dotąd mnie niosło przez świat, nagle zaczęło robić fikołki.
I jeszcze serce. O, to to dopiero ma charakterek. Raz wali, jakby miało wyjść przez mostek i zatańczyć lambadę, innym razem bije tak nierówno, że aż się człowiek zastanawia, czy to jeszcze rytm życia, czy już wstęp do czegoś gorszego. A do tego pojawiły się stany lękowe, które nie mają nic wspólnego z „trochę się boję”. To jest lęk, który przychodzi znienacka, ściska w gardle i odbiera sens istnienia na kilka godzin albo dni. I choć rozum mówi: „To minie”, ciało mówi: „Nie wiesz, kiedy znów cię złapię”. Nie jest to zabawne, bo czasami kilka miesięcy jest wszystko fajnie, a nagle przez miesiąc dopada człowieka deprecha, zasłania okna, przestaje lubić słońce i najchętniej nie wyściubiłoby się nosa z za okna!
A teraz najlepsze – nikt nie wie, co mi jest.
Chodziłam, badałam się, szukałam. Dostałam tyle skierowań, że mogłabym nimi wytapetować pokój. Lekarze zazwyczaj mówią: To nie nasza dziedzina. A ja zostawałam z tym sama. Zawsze sama. Bez konkretnej diagnozy, bez odpowiedzi, za to z porządnie odchudzoną kartą płatniczą i kolejkami, które przyprawiają o zawał jeszcze zanim się tam dojdzie.
I tak sobie żyję. W zawieszeniu między „wygląda Pani zdrowo” a „coś jest ewidentnie nie tak”. Z jednej strony uśmiech, poczucie humoru, energia, którą ludzie widzą. Z drugiej – niewidoczna walka o to, żeby przetrwać dzień bez lęku, bólu, wymiotów czy skoku gorączki. No żeby żyć normalnie!
To jest życie bez diagnozy. Bez wyroku, ale i bez ulgi. Ciągłe balansowanie na krawędzi: czy dziś będzie dobrze? Czy wyjdę na spacer, czy będę leżeć z lodem na czole? Czy serce mi odpuści? Czy znowu wyląduję u jakiegoś lekarza, który tylko spojrzy i powie: Proszę pić więcej napojów.
Ale nie jestem ofiarą. Ani bohaterką. Jestem po prostu sobą.
Z pazurem, z siłą, z tym dziwnym miksem śmiechu i bólu.
I właśnie od tego miejsca zaczyna się moja historia.
I tak sobie żyję. W zawieszeniu między „wygląda Pani zdrowo” a „coś jest ewidentnie nie tak”. Z jednej strony uśmiech, poczucie humoru, energia, którą ludzie widzą. Z drugiej – niewidoczna walka o to, żeby przetrwać dzień bez lęku, bólu, wymiotów czy skoku gorączki.
Tyle….. tak zaczyna się moja historia…


